czwartek, 19 września 2013

Decoupage, czyli historia jednej skrzyneczki i sypialnianych mebli

Moja świętej pamięci Babcia była posiadaczką niciaka, nie był to może jakiś szczególny zabytek, ale na pewno wiąże się z tym jakaś wartość sentymentalna


Niciak odziedziczyłam razem z kilkoma szafkami i lustrem i zegarem. Niestety łóżko zostało spalone, a szafa ubraniowa wylądowała gdzieś na wsi. Styl art deco - mebelki w najprostszej wersji, fornirowane. Kolejne niestety - lustro i małe szafki zostały przemalowane na czarno farbą olejną, a większe - wodną i bejcą.


Fornir przez lata w niektórych miejscach miał ubytki. Na szczęście po drewnojadach zostały tylko dziurki, lokatorzy się odeszli w niebyt, więc nie musiałam kombinować, jak się ich pozbyć. Jakkolwiek nie patrzeć - moje umiejętności nie pozwoliły na przywrócenie im pierwotnego wyglądu. Jedynie zegar pozostał w niezmienionej formie, chociaż Tatuś mówi, że skrzynia od zegara jest wykonana później, nie jest oryginalna. Pierwotną poczęstowały się drewnojady i Dziadkowie zamówili nową. Trudno mi powiedzieć, jaki jest jej wiek, meble natomiast otrzymali w prezencie ślubnym, więc na pewno są przedwojenne.




Ponieważ podobał mi się efekt mebli kuchennych, a szafki znalazły miejsce w nowym domu, nic nie stało na przeszkodzie by miały szary kolor. Oczywiście najpierw trzeba było się pozbyć farby i innych paskudztw, którymi pokryte były meble.


Nie powiem, łatwo nie było. Ubytki, dziurki i .... farba nie chciała współpracować - siedziała na meblach jak zaklęta. No trudno - zmatowiłam, pouzupełniałam ubytki szpachlówką Easy Filler - oczywiście Fluggera. Lekka, biała szpachlówka, wyjątkowo łatwa i praktyczna w stosowaniu. Po wyschnięciu nie pęka i nie kurczy się, wyjątkowo dobrze się szlifuje i nie pyli! 


Dziadkowie w szufladach przechowywali przybory do pisania. A atrament jak to atrament - lubi wychodzić z miejsc ku temu przeznaczonych. W swojej naiwności myślałam, że jak zamaluję farbą to nie będzie widać, a to paskudztwo wylazło! Piękne czerwone i granatowe plamy!


Nakleiłam serwetki i też nie chciało zniknąć! Wręcz przeciwnie, było jeszcze bardziej widoczne! Przy okazji dodam, że aby ożywić szarość zastosowałam farbę w odcieniach różu. Fajnie się komponuje z podstawowym kolorem. 


Na potrzeby przyozdobienia szafek zaznajomiłam się z oglądaną co prawda tu i ówidzie techniką, ale przeze mnie nie stosowaną - decoupage. Jestem niecierpliwa i od razu rzucam się na głęboką wodę - zamiast od kartonów, zaczęłam od szuflad



 potem wewnątrznych części drzwiczek małej szafki


Nie byłam specjalnie zachwycona efektem, u koleżanek wyglądało to ładniej, ale uznałam, że trening czyni mistrza i walczyłam dalej, czyli zajęłam się tym co widać


I tu już efekt był zadowalający - jakieś antyczne spękania, "stara - nowa" farba wychodząca spod spodu, no no, coraz lepiej. Jak to się mówi - do trzech razy sztuka. 


Zachęcona powodzeniem zabrałam się za niciak, czyli skrzyneczkę, o której tak naprawdę chciałam pisać. Zaczęłam od wewnątrz. Nie będę się rozpisywać, o ilości warstw, czekaniu aż poszczególne warstwy wyschną, bym mogła działać dalej (czyli kształtowaniu cierpliwości, która nie jest niestety moją mocną stroną).

Zaczynałam popadać w samozachwyt i w takich sytuacjach rzeczy martwe uczą pokory - środek wyszedł dużo lepiej niż zewnętrzna część. Musiałam się nagimnastykować, by efekt był zadawalający




Potem było tylko łatwiej, nabrałam wprawy. Kolej na lustro. Kusiło mnie, by zostawić je brązowe, farba zadziwiająco dobrze schodziła. Poległam na fornirze, który po zalaniu piwnicy nasiąkł, odkleił się i pokruszył (tak to jest nie szanować starych rzeczy). Pozostała szarość. Lustro było kryształowe, a wiadomo, co się dzieje jego powierzchnią, szczególnie, gdy znajduje się w niekorzystnych warunkach). Postanowiłam jednak pozostawić je w takim stanie - nie chciałam zmieniać na nową tafli, w której przeglądali się moi przodkowie... Efekt końcowy:


Jeszcze słowo o uchwytach. Nie miałam na nie pomysłu, stare - jedne czarne, drugie brązowe.. malować na szaro nie chciałam. Włożyłam czarne uchwyty do preparatu do zdzierania powłok i zadziwiająco łatwo farba zeszła. Co prawda każdy uchwyt jest w innym kolorze, ale w tej sytuacji zostawiłam oryginalne. A że każdy niemalże inny - trudno - taki styl


Dopełnieniem nowego życia mebli zostały stary wazonik z bombonierką (również po babci), lampy pseudonaftowe i nowoczesne firany uszyte przeze mnie (oj jak sobie przypomnę ile kombinowania kosztowało równe nabicie otworów na 4,25 m, to jeszcze mnie trzęsie!)


I jeszcze z szarości ikeowskie sklejkowe pudełko nabyte na wyprzedaży,


obrus szydełkowany nałożony na materiałowy, zasłaniający nowy stół, stary komunistyczny fotel, straszący wyglądem, nawet w piwnicy


potem, obdarty z materiału i części gąbki, które uznałam za niepotrzebne:


Kusiło mnie, by go przemalować, ale konia z rzędem temu, komu uda się zedrzeć do drewna wysoki połysk komunistycznych mebli. Dałam więc sobie z tym spokój, obcięłam i obszyłam wałek, gąbki pokryłam pokrowcem z Ikei 


2 komentarze:

  1. Wszystko prezentuje się b.fajnie:) zegar faktycznie pamięta jeszcze czasy przedwojenne... Białe porcelanowe cyferblaty i wahadła najcześciej były robione przez niem. firmę Junghans i montowane przeważnie w mocno ozdobnych eklektycznych skrzynkach:) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miłe słowa. Mam zamiar przywrócić mu dawną świetność. Kiedyś...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za cenne uwagi i odwiedziny, zapraszam ponownie